Album fotograficzny: Sudety

28.10.2005-1.11.2005

DOLINA BOBRU — Wycieczki Gaci i Kubusia (Polska, Sudety, woj. dolnośląskie)

 

I dzień

Wleń – kościół św. Mikołaja – ruiny zamku – kościół św. Jadwigi – Radomice – Maciejowiec – zapora pilchowicka – PKP Pilchowice Zapora

 

II dzień

PKP Pilchowice Zapora – elektrownia Bobrowice – Siedlęcin – Perła Zachodu – Jelenia Góra

Opis szlaku

 

I dzień

Stoimy na rynku we Wleniu. Ulicą Dworcową dochodzimy do kościoła św. Mikołaja i plebanii. Przez cały czas towarzyszą nam znaczki koloru zielonego i żółtego. Ulica zakręca nieco w prawo. Dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Lipową. Tutaj po prawej stronie znajduje się kamienny krzyż z oderwaną górną częścią i uszkodzonym rytem miecza. Skręcamy w lewo, następnie przechodzimy mostkiem nad torami kolejowymi. Zaraz za nim, znaczki żółte odbijają w prawo. My podążamy szlakiem zielonym, przez dzielnicę willową. W pewnym momencie asfaltowa droga się kończy. Oznakowanie prowadzi wąską ścieżką w górę. Przy dróżce znajdują się pozostałości starych barierek. Po pewnym czasie z prawej strony pojawiają się schody. Mijamy je. Kolejnymi zaczynamy podchodzić. W końcowej fazie, po lewej stronie odnajdujemy drugi krzyż kamienny. (Legenda mówi, że popełnione zostało tutaj bratobójstwo. Na krzyżu wyryto podwójne narzędzie zbrodni: puginał i topór). Po krótkim czasie, przed nami, a później po lewej stronie pojawiają się zabudowania zespołu pałacowego wraz kościołem św. Jadwigi. Obiekt otoczony jest kamiennym murem, trwają obecnie prace renowacyjne. Spotykamy tam szlak żółty, który łączy się z zielonym. Kierujemy się nim w lewo, następnie przy bramie prowadzącej na teren kościółka odbijamy żółtym w prawo. Jest to aleja spacerowa otoczona z lewej strony murem. Po kilku minutach naszym oczom ukazują się ruiny zamku piastowskiego. Jeśli chcemy dojść do zamku górnego — pierwszą napotkaną drogą ostro skręcamy w prawo (wrażenie cofania się). Podchodząc, docieramy do furty w zamkowym murze. Obecnie wejście na teren ruin jest wzbronione. Do zielonego szlaku powracamy żółtym. Następnie przechodzimy pod kamiennym mostkiem łączącym pałac z parkiem. Schodzimy do szosy, którą kierujemy się w lewo. Pięknie wijącą się drogą wędrujemy dalej i napotykamy miejsce, gdzie szlak zielony odbija ostro w lewo (droga polna). Wchodzimy do lasu. Leśny trakt kluczy trawersując Gniazdo (446 m n.p.m.). Po pewnym czasie wychodzimy z lasu na pole. Z drogi widać zabudowania pobliskiej Kleczy, a nieco wyżej wypatrzeć można jasną wieżę kościoła św. Tekli w Pławnej Dolnej. Po kilku minutach znajdujemy się na skrzyżowaniu dróg z kolejnym kamiennym krzyżem. Idziemy prosto. Nieco wyżej znajduje się punkt widokowy na Pogórze Izerskie, Kaczawskie z Ostrzycą, Góry Kaczawskie — masyw Okola i Łysą Górę oraz Karkonosze. Najpierw bitą, a później asfaltową drogą wędrujemy do Radomic. Przechodzimy przez całą wieś. Na pierwszym rozstaju dróg poniżej kościoła odbijamy w prawo. Po pewnym czasie szlak skręca z drogi wąską ścieżką. Następnie pojawia się przed nami rozdroże z  dębem będącym pomnikiem przyrody. Wybieramy drogę biegnącą w lewo. Idziemy łąką (uwaga, łatwo się pogubić). Po chwili widać dwór w Maciejowcu. Dochodzimy do bitej drogi i skręcamy w lewo. Wędrujemy nią do szosy. Jeśli chcemy zobaczyć rododendrony i pałac idziemy prosto drogą, jeśli natomiast nie lubimy oglądać  zabytków architektury, to skręcamy szosą w  prawo. Przechodzimy wieś. Schodzimy w lewo i zagłębiamy się w Dziki Wąwóz. Dochodzimy do Bobru, następnie idąc jego brzegiem do mostka. Znajdujemy się pod zaporą pilchowicką. Szosą dochodzimy do dworca PKP — Pilchowice Zapora.

Urocza wycieczka, łatwa pod względem technicznym. Obfituje we wspaniałe widoki i wrażenia estetyczne. Niedługa — ok. 6h.

 

II dzień

Od stacji PKP idziemy szeroką wygodną drogą w kierunku Jeziora Pilchowickiego. Początkowo jest to asfalt, który później przemienia się w kostkę brukową. Skręcamy w lewo na zaporę. Przechodzimy na drugą stronę rzeki trasą spacerową, poprowadzoną górą zapory. Kierujemy się w lewo. Dochodzimy do terenu ogrodzonego płotem i idziemy lekko w górę, delikatnie zakręcając w prawo. Po kilku minutach szlak odbija w lewo wąską ścieżką. Od tej pory obchodzimy Jezioro Pilchowickie. Szlak kluczy — to oddala się od brzegu, to wraca. Trzeba bardzo uważać, ponieważ znakarze nie pomyśleli, że ktoś pójdzie z tej strony. Łatwo się zgubić. Po pewnym czasie podchodzimy pod masyw Stanka (350 m n.p.m.) i tam napotykamy znaki koloru żółtego, którymi kierować się będziemy przez resztę wycieczki. Po kilkunastu metrach szlak skręca w prawo i schodzi w dół. Jeśli chcemy zdobyć punkt widokowy zwany Kapitańskim Mostkiem, należy pójść prosto do grupy skałek w kształcie dziobu okrętu.

Ostro schodzimy w dół i znajdujemy się przy przełomie rzeki Kamienicy. Jest to wspaniałe miejsce, pełne uroku, które nasunęło mi skojarzenie z krajobrazem tatrzańskim. Najpierw idziemy prawym brzegiem rzeki, a następnie przechodzimy nad nią omszałym mostkiem. Teraz przez jakiś czas wędrujemy jej lewym brzegiem. Patrząc w górę wytrwały obserwator zauważy pozostałości najprawdopodobniej jeszcze poniemieckich ścieżek. Po krótkim podejściu stajemy na utwardzonej drodze. Idziemy nią i po kilku minutach docieramy do ruin oraz rozdroża. Wybieramy drogę z prawej strony. Mijamy Zakłady Metalowe i dochodzimy do drogi, którą biegnie trasa rowerowa. Skręcamy w lewo i wędrujemy aż do elektrowni Bobrowice. Przechodzimy obok i zaczynamy spacer brzegiem Jeziora Wrzeszczyńskiego. Po godzinie jesteśmy w Siedlęcinie. Wchodzimy do wsi i po pewnym czasie znaczki odbijają w lewo, w kierunku schroniska o intrygującej nazwie „Perła Zachodu”. W Siedlęcinie znajduje się średniowieczna wieża rycerska z unikatową polichromią. Jeśli chcemy ją zwiedzić, przechodzimy przez most, a następnie skręcamy w lewo. Trafiamy na zabudowania XIX-wiecznego folwarku, zaadoptowane później przez PGR, które przemierzamy. Wchodzimy do XVIII-wiecznej oficyny. Mieszka w niej pani opiekująca się wieżą. U niej nabywamy bilety. Malowideł nie można oglądać z plecakami, a zdjęcia można robić tylko bez użycia lampy błyskowej.
Do schroniska docieramy asfaltową drogą. Przepiękny widok na rzekę Bóbr i most. Dalej asfalt przemienia się w bruk. Jest to zadbana trasa spacerowa, którą wędrujemy do Jeleniej Góry.

Bardzo ładna wycieczka, obfitująca we wspaniale widoki. Małe trudności orientacyjne na początku. Niedługa, ok. 6h.

 

 

Reportaż

 

Zbliżało się święto 1 listopada, czyli Wszystkich Świętych. Ponieważ, ani Tata ani ja, nie lubimy tego dnia, postanowiliśmy wyjechać. Zdecydowaliśmy przejść Dolinę Bobru, a także poświęcić jeden dzień na odwiedzenie Skopca, Barańca i moich ulubionych ruin w Górach Kaczawskich. Tym razem organizacja wyjazdu, w sposób całościowy, spoczęła na mnie: noclegi, zaplanowanie tras, wszelkiego rodzaju dojazdy, co stanowiło dla mnie pewne wyzwanie.

Będąc ostatni raz w Górach Kaczawskich stwierdziliśmy, że zrobimy wszystko, aby nie spać w jeleniogórskim „Bartku”. W związku z powyższym postanowieniem, za bazę wypadową został obrany Wleń, czyli małe, urokliwe miasteczko położone nad wijącym się Bobrem. Przeglądając stronę internetową gminy doszłam do wniosku, że z zarezerwowaniem noclegów nie powinno być problemu — długi weekend, dwa schroniska i kwatery prywatne, cóż więc prostszego? A jednak.

W samym Wleniu znajdują się dwa schroniska młodzieżowe — jedno na ulicy Chopina, drugie na Stachowicza. Usiadłam przy telefonie, wykręciłam numer i... zajęte, a po godzinie znów zajęte. Po kilku godzinach znowu zajęte. Zadzwoniłam pod drugi numer i spotkało mnie to samo. Oba numery zaczynały się cyframi 71, jednak w przypływie wielkiej inteligencji, stwierdziłam, że to po prostu numer kierunkowy, dodałam zero i bardzo się dziwiłam, że ciągle zajęte. Wieczorem z lekkim, nieco ironicznym, uśmiechem wyjaśniono mi, że numery pod które wydzwaniałam miały za małą ilość cyferek i zasugerowano, że może 71 to jednak nie prefiks.

Przemyślałam sprawę i wykręciłam numer, tym razem stosując się do wskazówek Rodziców. Eureka! W końcu się udało. I to właściwie był koniec mojej euforii, gdyż schronisko na ulicy Chopina okazało się zamknięte w długi, świąteczny weekend. Dlaczego? Obiekt zamknięto, żeby pracownicy mogli wyjechać do swoich rodzin. Na szczęście, w Szkolno-Młodzieżowym Schronisku Sportowym udało się zarezerwować noclegi. Odetchnęłam z ulgą — wyjazd 28 X–1 XI stał się rzeczywistością, a mnie przestała prześladować wizja niezadowolonego Taty.

Podróż minęła bez zakłóceń (chyba, że za takie uznamy godzinne opóźnienie pociągu, ale przecież PKP ma czas, poza tym to już właściwie pewien standard) i 28 października rano stanęliśmy na dworcu w Jeleniej Górze. Przywitały nas: błękitne niebo, kryształowe powietrze, słońce rozświetlające złote liście i wzniosła grań karkonoska na horyzoncie.

Jako, że w pociągu spędziliśmy pół nocy i poranek, postanowiliśmy wypić kawę. Wpierw jednak udaliśmy się na krótką przechadzkę po mieście. W drodze powrotnej odwiedziliśmy ulubioną księgarnię z nadzieją na zakup mapy Doliny Bobru. Kupiliśmy — nawet kilka map i książek. Mama pewnie nie będzie zadowolona, ale nie mogliśmy się oprzeć. Z wypiekami na policzkach, ciesząc się nowymi nabytkami, zaszliśmy do restauracji „Relaks” na śniadanie. Miło wracać do znajomych miejsc: ta sama pani w szatni, ten sam pan kelner. Zmienił się nieco wystrój wnętrza — powieszono kolorowe obrazki na ścianach i lampy w kształcie ogromnych drinków.

Po jajecznicy, żurku i herbacie udaliśmy się na dworzec. Po drodze uświadomiłam sobie, że zamknięto bar mleczny „Karzełek”. Nie było to moje ulubione miejsce, ale zawsze BYŁO. „Nic nie jest constans”, jak mawia Tato. Zwykłam dodawać: „Panta rhei”.

Na dworcu, po zasięgnięciu informacji, wsiedliśmy do busa jadącego przez Wleń. Podskakując na nierównościach co kilka minut, wytrwale podziwialiśmy widoki: wzgórza skąpane w południowym, jesiennym słońcu, śliczne sudeckie domy, ruiny pałaców, wieże kościelne wystające ponad zabudowania sielankowych wsi, pomiędzy nimi Bóbr skrzący się w promieniach słońca i grzbiety Gór Kaczawskich oraz Karkonoszy. Wszystko to tworzyło niesamowity, promieniujący spokojem i nutą nostalgii pejzaż.

Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Po drodze zauważyliśmy, że przy Bobrze prowadzone są prace mające na celu umocnienie linii brzegowej. Dobrze, może w końcu przybrzeżne domy przestaną być tak często zalewane?

Pozostało nam znalezienie odpowiedniej ulicy i schroniska. Dalszy plan dnia zresztą mieliśmy ułożony — chcieliśmy się bowiem odświeżyć, zostawić bagaż, a następnie skorzystać z dobrego światła i udać fotografować miasteczko. Powszechnie wiadomo, że plany często ulegają zmianom. Tak było i w tym przypadku. Gdy po pewnym czasie odnaleźliśmy schronisko, okazało się, że znajduje się w nim tylko pani kucharka wraz z ze swoimi pomocnikami. Grzecznie wyjaśniła nam, że odpowiednia i kompetentna osoba jest teraz w biurze, z pewnością wróci przed piętnastą. Natomiast my do tego czasu mamy iść obejrzeć rynek, a jeśli chcemy to możemy zostawić plecaki. Podziękowaliśmy i wzięliśmy sprzęt ze sobą. Krótkie spojrzenie na zegarek — mniej więcej godzina trzynasta. Zdecydowaliśmy zrobić zdjęcia rynku z ratuszem oraz kościoła. Początkowo czuliśmy się trochę nieswojo — zdejmując plecaki, rozlokowując się przed ratuszem i wyjmując aparaty oraz dyktafon — przez cały czas śledziły nas ciekawskie spojrzenia mieszkańców. W końcu doszło do punktu kulminacyjnego tej dziwnej i nieco peszącej sytuacji — kiedy zaczęłam obchodzić pomnik gołębiarki nagrywając jego opis, nagle otwarło się okno ratusza, wyjrzała przez nie jakaś pani, która zwyczajnie, bez oznak zawstydzenia czy zażenowania zaczęła nas obserwować, a właściwie świdrować wzrokiem.

 

 

 

Praca tak nas wciągnęła, że zapomnieliśmy o upływie czasu. Troszkę spóźnieni wróciliśmy do szkoły pełniącej rolę schroniska. Pani zajmująca się obiektem była obecna. Po raz kolejny wzięto nas za parę — ale do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Aczkolwiek, chociaż raz, wystarczyło krótkie sprostowanie, by nasz stopień pokrewieństwa został uznany. Jako, że nie wypada aby tata z dorosłą córką spał na jednej kanapie, dostaliśmy przestronną i wygodną ósemkę. Zaproponowano nam obiad za pół godziny, przyniesiono do pokoju pościel, czajnik bezprzewodowy, szklanki, cukier i herbatę. Uczynność pracowników schroniska miło nas zaskoczyła, a nawet troszkę onieśmieliła. Po mniej więcej dwudziestu minutach, przybiegła pani zapraszając na dół, bo podano obiad. W stołówce zjawili się również panowie pracujący przy rzece. Zupa prawie mi ostygła, bo każdy kto wchodził: lekko się dziwił, po czym kłaniał, witał oraz życzył smacznego. Obiad był pyszny i spory. Odsapnęliśmy chwilkę i udaliśmy na popołudniowy spacer. Niestety, słońce już prawie zaszło, więc fotki zrobiliśmy takie sobie. Spotkaliśmy natomiast przemiłego pana, który zaprosił nas na kawę. Z zaproszenia nie skorzystaliśmy niestety, jako, że brakło nam czasu. Okazało się, że ten pan przeprowadził się do Wlenia z Warszawy, zakochał w regionie i polubił fotografowanie okolic.

Kolacja w schronisku nas pokonała. Dostaliśmy kosz chleba i bułek, wędlinę, warzywa, serek, a także pokaźną porcję ruskich. Tata Kubuś miał drugą porcję pierogów do wykorzystania w dniu następnym, gdyż ruskich akurat nie lubię.

Pobudkę przewidzieliśmy koło 7.30 — nie spieszyliśmy się jednak zbytnio, bo świat za oknem spowijała gęsta mgła. Przed 9.00 pojawiła się pani z produktami na śniadanko. Ponieważ byliśmy już gotowi do wyjścia nie przedłużaliśmy konwersacji. Jeszcze tylko kilka zdjęć okolicy, zrobiliśmy zdjęcia wewnątrz kościoła, bo akurat był otwarty i zaczęliśmy podejście na Górę Zamkową.

Przemknęliśmy niczym wiatr przez podejście skąpane w liściach. Zatrzymaliśmy się tylko przy kamiennych krzyżach, wspominając lokalne legendy i poddając ich nastrojowi. Doszliśmy do ruin zamku piastowskiego i zlokalizowaliśmy wejście. Ukazał nam się duch fotografa, a potem, niepostrzeżenie i bez ostrzeżenia, ulotnił. Na murze zamku umieszczono tablicę informującą o złym stanie technicznym ruin i ich zamknięciu dla turystów. Na nasze szczęście kłódkę broniącą wstępu wyłamano, a furta stała otworem. Skorzystaliśmy z okazji i już po chwili trafiliśmy do raju — może trochę zaniedbanego i zaśmieconego, co jednak nie zmniejszyło naszej radości. Od razu przypomniały mi się lekceważące słowa znajomego przewodnika sudeckiego, który niedawno mi powiedział: „Eeee, Wleń?, Przecież to kupa kamlotów, cóż wielkiego?” Spuśćmy jednak na tę wypowiedź zasłonę milczenia.
Wisienką na torcie naszej radości stała się otwarta wieża zamkowa. Na samą górę poprowadzono drewniane schody, widać niedawno remontowane. Tato rzucił okiem znawcy i stwierdził, że można wejść.
Warto było. Z góry zobaczyliśmy Kotlinę Jeleniogórską, Karkonosze, Góry Izerskie, Pogórze Izerskie, Pogórze Kaczawskie i Góry Kaczawskie w barwach prawdziwej polskiej, złotej jesieni. Zmitrężyliśmy tam dużo czasu i trzeba było raźno iść dalej. Nie mamy więc, niestety, czasu by dostać się na teren pałacu i kościoła św. Jadwigi Śląskiej. Ten pierwszy, jak usłyszeliśmy, został zakupiony przez jakiegoś Belga. Udało nam się tylko zobaczyć, że trwają prace renowacyjne na dużą skalę. Panowie z pobliskiej wsi byli z tego zadowoleni — mury przestały niszczeć, a oni mogli pracować i zarabiać pieniądze. Według niepotwierdzonych wiadomości Belg przeznaczył zabytkowy budynek na hotel dla zagranicznych gości.

We wsi Radomice trafiliśmy do małego sklepu. Asortyment typowy dla takich miejsc — jeden gatunek kiełbasy, słoik gołąbków, papierosy i parę rodzajów piwa. Przy ladzie kilku panów sączy napoje wzmacniające. Tata prosi o pieczątkę do książeczki — wywiązuje się rozmowa , podczas której dowiadujemy się, że właścicielem sklepu jest sołtys, który pieczątkę ma w domowym biurze. To oczywiście niczemu nie przeszkadza, on kogoś wyśle (po tę pieczątkę) i zaraz będzie. Rzeczywiście, po kilku minutach wbiegł do sklepu chłopiec z pieczątką. Książeczkę podbito, a my opuściliśmy sklep. Następny przystanek to Maciejowiec, czyli urokliwa wieś sudecka. Znajdują się tam pozostałości założenia pałacowego oraz dwór. Oba obiekty są w rękach prywatnych. Na terenie pierwszego zauważyliśmy bawiące się dzieci. Poszliśmy za ich przykładem, znaleźliśmy odpowiednią dziurę w płocie. Dzięki tej, nietypowej może, sytuacji udało się zrobić kilka zdjęć wspaniałego miejsca.

W efekcie wszelkich wrażeń i przygód, zostało nam bardzo mało czasu do odjazdu autobusu ze Strzyżowca. Następny jechał dopiero za kilka godzin. W dość szybkim tempie przebyliśmy resztę drogi do zapory pilchowickiej. Tam, niestety, znów zmarudziliśmy mnóstwo czasu, gdyż w popołudniowym słońcu wyglądała ona bajkowo, co postanowiliśmy uwiecznić fotograficznie. Niestety, następne trzy kilometry asfaltu przebiegliśmy zamiast przejść, a autobus miał opóźnienie, oczywiście.

Przed schroniskiem spotkaliśmy panią kucharkę, która czekała na nas z pysznymi gołąbkami. Spać poszliśmy wcześnie, bo rano czekała nas pobudka koło piątej.

Wstaliśmy o szóstej, ale na autobus zdążyliśmy. Kierowca wykazał się uprzejmością i wysadził nas bezpośrednio przy drodze na zaporę. Tego dnia, w ostrzejszym i bardziej niebieskim świetle, zapora była po prostu zaporą, bez żadnych dodatkowych aspektów zapierających dech w piersiach. Znaleźliśmy natomiast śliczną roślinkę, którą Tata Kubuś z zapałem zaczął fotografować, ale kiedy ja oddałam się kontemplacji pobliskich skał, dał mi do zrozumienia, że musimy iść, gdyż czas goni. Nie zepsuło mi to nastroju, ponieważ w tzw. międzyczasie znalazłam dwa skalne okazy do swojego małego zbioru.
Planowaliśmy zjeść śniadanko na zaporze, ale niestety przyjechały osoby o aurze „typów spod ciemnej gwiazdy”, więc zdecydowaliśmy śniadać później. Znaleźliśmy dobre miejsce i zasiedzieliśmy się troszkę. Przy okazji wymieniliśmy poglądy dotyczące oznakowania. Ogólnie szlak poprowadzono ciekawie, wspaniale kluczy on wokół jeziora, obfituje w niezwykłe widoki, ale też w fatalne oznakowanie. Medal za wyobraźnię dla znakarza!!!
Zapora we Wrzeszczu nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Wydała się zaniedbana i zaśmiecona. Nieprzyjemne wrażenie wzmógł pewien pojazd motorowy, pływający tam i z powrotem po jeziorze, wydając przy tym głośny i irytujący dźwięk. Na dodatek wszystkie przyjemniejsze miejsca zajęli wędkarze i nawet kanapek nie było gdzie zjeść...

Do Siedlęcina dotarliśmy więc w niezłym czasie. Przepełniona oczekiwaniem i ciekawością bardzo się niecierpliwiłam, bo Tato od dawna opowiadał o średniowiecznej wieży rycerskiej popadającej w ruinę. Cóż. Okazało się, że wieża nie jest w ruinie, a w rękach fundacji i odnowiona. Pieczę nad kluczami trzymała starsza pani, sprzedająca również bilety, mieszkająca w barokowej oficynie. Taki stan rzeczy miał się utrzymać, najprawdopodobniej, do czasu remontu.

Pani okazała się być kopalnią wiedzy w temacie interesującego nas zabytku — słuchając lokalnych opowieści i podziwiając zabytkowe polichromie spędziliśmy w wieży półtorej godziny. Jednej zagadki nie udało nam się rozwiązać — co stało się z wielkim kominkiem, który pamiętał Tata Kubuś?

Resztę drogi, ścieżką spacerową, przebyliśmy szybkim marszem. W zjawiskowej Perle Zachodu trwały poprawiny i nie mogliśmy wypić kawy, poza tym zrobiło się jakoś ludno. Szybko przebyliśmy resztę drogi. Mieliśmy jeszcze ponad godzinę do odjazdu autobusu. Udaliśmy się na kawę i lampkę Cin&Cin do „Pokusy”. Wyobraźcie sobie czerwone obrusy, czarne meble, nastrojowe obrazy, panią kelnerkę w króciutkiej, czarnej spódniczce i już będziecie mieli obraz wzmiankowanej kawiarenki. Zamawiamy kawę i deser. Tata Kubuś, po pewnym czasie, prosi panią kelnerkę do stolika, mówiąc ze znaczącym uśmiechem: „Poproszę jeszcze lampkę Cin&Cin. Czy mogłaby pani przybić pieczątkę do książeczki?”Okazuje się, że pani może zaserwować tylko Cinzano, ale pieczątkę, owszem przybije z przyjemnością. W radosnych nastrojach opuszczamy lokal i zmierzamy na dworzec. W schronisku czekała już na nas pani kucharka z niedzielnym obiadem.

Objedzeni, łagodnie mówiąc, i zmęczeni wrażeniami szybko podążyliśmy na spotkanie z Morfeuszem. Następnego znów musieliśmy wstać bladym świtem, by zdążyć na autobus.

Zziębnięci czekaliśmy na przystanku. Na szczęście, zarówno oczekiwanie, jak i podróż nie trwały długo. Po półgodzinie byliśmy w Jeleniej Górze. Poruszanie się komunikacją publiczną bywa czasem czasochłonne. Tym razem mieliśmy trzy godziny czasu do odjazdu autobusu do Wojcieszowa. Pospacerowaliśmy trochę po mieście i zaszliśmy do karczmy na kawę. Przyniesiono nam ją po kilkunastu minutach, ale za to okazała się smaczną i mocną — idealną w rześki poranek. Zamówiliśmy jeszcze zupę. Zanim wyszliśmy, zdążyłam wypisać kartki pocztowe. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do księgarni, co zaowocowało zakupami i biegiem na dworzec. Ponieważ wracamy następnego dnia autobusem do Poznania, przezornie wykorzystałam sytuację, wpraszając się grzecznie w długą kolejkę i kupując bilety i do Wojcieszowa i do domu. Nie zrobiłam tego jednak dostatecznie szybko — autobus na który czekaliśmy tyle czasu właśnie odjeżdżał ze stanowiska. Dzięki uśmiechowi losu i dobremu nastrojowi kierowcy udało nam się go zatrzymać.

W Wojcieszowie zrobiliśmy zdjęcia kościołom i ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Komarnickiej. Dotarliśmy na nią szybko, zważywszy na ilość zdjęć uwieczniających tradycyjny motyw drogi. Jakoś tak wyszło, że nie chciało nam się wchodzić na Skopca i Barańca, więc usiadłszy na ławeczce pod drzewkiem kontemplowaliśmy widoki. Po godzinie ubraliśmy się cieplej i zaczęliśmy czytać zakupione książki. Minęła prawie godzina. Zmarzliśmy — trzeba było się rozgrzać, poza tym zrobiło się wpół do trzeciej. Późno. Utrzymując równe i spokojne tempo zawędrowaliśmy pod moje ulubione ruiny. Jesienią łąki nie porastały krzaczory i chwasty, więc pozostałości budynków mogłam podziwiać w pełnej krasie. Po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej, chcąc dojść na Kapellę. Po drodze sfotografowaliśmy chowające się za Karkonosze słonko i skracając drogę, przeszliśmy środkiem pola. Wyszliśmy obok kamieniołomu i musieliśmy przejść przez płot, w celu opuszczenia terenu prywatnego, na którym znaleźliśmy się, tym razem, czystym przypadkiem. W sielskich nastrojach powróciliśmy do schroniska, gdzie ponownie czekał na nas dwudaniowy obiad. Tak samo, jak w poprzednich dniach, szybko położyliśmy się do łóżek. Rano, a właściwie przed świtem, trzeba się spakować i wracać do Jeleniej Góry. Niestety.

W ramach podziękowań za miłą atmosferę oraz posiłki zostawiamy w pokoju kawę i czekoladki.

Na dworcu PKS w Jeleniej Górze spędziliśmy drobne dwie godzinki w zacisznym, klimatycznym barze „Edward”, zajęliśmy miejsca w autokarze i wróciliśmy do domu.

 

 

Tekst  — Gacia

Foto — Kubuś


Jelenia Góra, restauracja Relaks
Dzień bez porannej kawy to dzień stracony... a przy okazji można obejrzeć mapę i nowo zakupione przewodniki

Wleń — rynek, w tle Góra Zamkowa
Sesja trwa...

Wleń, zabudowa rynku
Popołudniowe światło sprawia, że nawet stare zaniedbane budynki zyskują urok i nutkę tajemniczośći

Wleń, kościół św. Mikołaja

Wleń, plebania
Powietrze pachnie jesiennym chłodem, powoli wydłużają się cienie... Wleń zaczyna przypominać bajkowe miasteczko zagubione pośród wzgórz

Wleń, przełom Bobru
Pod pozorem spokoju i cichego piękna, rzeka ta niesie ogromną, niebezpieczną moc żywiołu

Wleń, stara szkoła — obecnie schronisko
Budynek ten stał się naszym domem w czasie poznawania tajemnic najbliższych okolic

Wleń, wnętrze schroniska
A tak wyglądał nasz prywatny apartament

Wleń, jadalnia schroniska
Tutaj spożywaliśmy obiadki

Wleń, rezerwat „Góra Zamkowaˆ”, ruiny piastowskiego zamku
Niegdyś jeden z najpotężniejszych zamków w okolicy, będący domem św. Jadwigi. Po owej potędze pozostało niewiele — trochę kamieni i wieża z pięknym widokiem.
I tylko wyobraźnia może sprawić, że usłyszymy delikatny dźwięk harfy, przebijający się przez wiatr lub szelest sukni na kamiennych schodach.

Wleń, rezerwat „Zamkowa Góra”, ruiny piastowskiego zamku
Otwarta furtka w murze zachęca do zwiedzania. Co znajdziemy, jaki świat poznamy?

Wleń, rezerwat „Zamkowa Góra”, ruiny piastowskiego zamku




















 
KWAB — Fotografia i Turystyka
fotografia krajoznawcza i turystyczna